Mój przyszły mąż nie lubił wesel, a moim marzeniem była huczna impreza… [WASZE HISTORIE]

Ja i mój mąż jesteśmy do siebie bardzo podobni. W naszym przypadku powiedzenie, iż “przeciwieństwa się przyciągają” kompletnie się nie sprawdza. Spokojnie, nie jesteśmy jednak tacy idealni. Poróżnił nas bowiem… własny ślub, a właściwie przyjęcie weselne. Czy udało nam się dojść do kompromisu? Koniecznie przeczytajcie naszą historię :)
wasze historie

Gdy tylko poznałam Radka, to po prostu wiedziałam, że to TEN JEDYNY. Wiem, jak to brzmi, ale nigdy wcześniej nie czułam z nikim aż takiej nici porozumienia. Od samego początku nadawaliśmy na tych samych falach. Im bardziej się poznawaliśmy, tym bardziej upewniałam się, że to on. Nie sądziłam, że gdy dojdzie do ustalania szczegółów naszego przyjęcia weselnego, to będziemy się aż tak od siebie różnić!

zakochani w górach

Po pierwszym gryzie wiedział, że będę jego żoną

Zawsze chciałam, aby mój przyszły mąż miał podobne zainteresowania do moich. Nie wyobrażałam sobie, że jesteśmy od siebie całkiem różni i łączą nas tylko obowiązki domowe. Ja uwielbiam aktywność fizyczną – wycieczki po górach, kajaki, rowery, spacery po lesie. To moje życie. Chciałam, by ktoś mi w tym towarzyszył.

Radka poznałam… na szlaku. Akurat pojechałyśmy na krótki wypad z koleżanką na jeden z beskidzkich szczytów. W schronisku piłyśmy kawę i jadłyśmy moje, słynne kanapki. Jakiś facet spytał, czy może się do nas dosiąść (w środku było sporo ludzi, a koło nas było wolne miejsce). Oczywiście zgodziłyśmy się. Rozmowa zaczęła się bardzo kleić, szczególnie pomiędzy mną, a nowopoznanym.

Poczęstowałam go nawet moją kanapką. Do dzisiaj się śmieje, że od pierwszego gryza już wiedział, że będę jego żoną. Wcale mu się nie dziwię (śmiech). 

Sprawdź także: Kameralne wesele – gdzie zorganizować, zalety i wady

Codziennie byłam zdumiona, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni

Okazało się, że Radek, podobnie jak ja, mieszka na Śląsku. Mieliśmy do siebie tylko kilkadziesiąt kilometrów. Zaczęliśmy się regularnie spotykać i już po kilku tygodniach wiedziałam, że nie ma na co czekać. Zamieszkaliśmy u mnie. W tygodniu pracowaliśmy i robiliśmy krótkie wypady (po południu i wieczorem), np. na rower albo na spacer. Weekendy spędzaliśmy głównie na szlakach górskich.

Do dzisiaj zresztą tak mamy. Codziennie byłam mocno zdumiona, jak bardzo jesteśmy podobni do siebie. Śmieszyło nas to samo, to samo złościło, nawet gust ubraniowy mieliśmy podobny, uwierzycie? 

para w górach

Przecież był królem parkietu, jak mój przyszły mąż mógł nie chcieć wesela?!

Pierwsze rozmowy o naszym potencjalnym ślubie pojawiły się dość szybko. W końcu byliśmy w sobie bardzo zakochani i planowaliśmy wspólne życie.

Jakieś było moje zdziwienie, gdy Radek powiedział, że zawsze zależało mu na bardzo skromnym przyjęciu.

Nie interesowała go pompa i te wszystkie zwyczaje. Byłam naprawdę zaskoczona. Radek był królem parkietu i uwielbiał imprezy. Zresztą tak jak ja. Wyobrażałam sobie wielkie wesele, strojną suknię ślubną i tańce do białego rana w dużym gronie rodziny i przyjaciół. Na początku długo o tym nie rozmawialiśmy – przecież to były początki związku. Cały czas jednak siedziało mi to w głowie. Może dla niektórych to niepoważne, ale dla mnie była to niezmiernie istotna kwestia. 

QUIZ: Jak duże powinno być Wasze wesele?

Bez wahania odparłam “tak”. Mąż jak ze snu!

Mijały kolejne miesiące, a temat ślubu został odłożony na bok. Cieszyliśmy się życiem i oczywiście sobą. W końcu, po roku bycia razem, pojechaliśmy na pierwsze długie wakacje. Radek zaproponował Grecję, wyspę Kos. Obydwoje kochaliśmy ten kraj, ale akurat na Kos żadne z nas nie było. Byłam podekscytowana wyjazdem i też… wiedziałam, co się święci.

Czułam, że Radek mi się oświadczy. Nie pomyliłam się. Było tak, jak sobie wyobrażałam. Na jednym z greckich wzgórz, nad lazurową wodą, z pięknymi widokami Radek uklęknął, powiedział jak bardzo mnie kocha i spytał, czy zostanę jego żoną. Bez wahania odparłam, że tak.

ślub - wasze historie

Nie byłby szczęśliwy na własnym weselu

Zgadnijcie kiedy dyskusja o weselu wróciła? Oczywiście, że tego samego wieczoru. Wtedy pierwszy raz prawie… się pokłóciliśmy. Może kłótnia to duże słowo, ale na pewno była to dość ostra wymiana zdań. Radek nie chciał dużego wesela. Mówił, że do niczego mu to niepotrzebne, nie lubi się afiszować swoim szczęściem, że to kosztuje dużo pieniędzy, które on wolałby wydać na podróże ze mną, że nie lubi tego klimatu weselnego, gdzie pije się dużo alkoholu i dużo je itd.

Próbowałam przedstawiać mu kontrargumenty, mówiąc że dzisiaj wesela są bardzo kulturalne i stylowe, że można wspaniale spędzić czas z bliskimi ciesząc się wspólnie naszą miłością itp. Nic go jednak nie przekonywało. Wiedziałam, że nie mogę tak naciskać. Nawet jeśli w końcu by się zgodził, dla mnie, to byłoby to nie fair. Nie byłby szczęśliwy na własnym weselu. Przecież nie o to chodzi, prawda? 

Oczywiście mogłam założyć, że w trakcie imprezy przekona się do niej i będzie się świetnie bawił, ale jeśli nie? Poprosiłam go, byśmy znaleźli kompromis. Przecież jest tyle opcji, na pewno uda się znaleźć coś, co będzie pasowało i jemu i mnie. Zgodził się i tuż po powrocie do domu, zaczęliśmy na spokojnie o tym dyskutować.

Alternatywy dla hucznego wesela KLIKNIJ TUTAJ

wesele w stylu boho

Małe przyjęcie z tańcami? Oczywiście, że tak!

Zaczęliśmy od przygotowania listy “niezbędnych” gości. Najbliższa rodzina (rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, rodzice chrzestni itp.) oraz przyjaciele. Wybraliśmy naprawdę najbliższe osoby, nie zwracając większej uwagi, że np. na przyjęciu przewidujemy bliskiego kolegę z pracy, a nie zapraszamy siostry mamy, z którą kompletnie nie mamy kontaktu.

Wiedzieliśmy, że takie działanie zapewne będzie wiązać się z wieloma nieprzychylnymi komentarzami, ale trudno. Wyszło nam ok. 40 osób. Kolejny krok – miejsce. Bardzo lubiłam naszą lokalną restaurację. Organizowała też małe wesela na przepięknej sali w stylu boho. Radkowi spodobał się ten pomysł. Ok., kolejna rzecz odhaczona.

Ślub – w urzędzie stanu cywilnego blisko restauracji (można przejść na nogach), menu – catering z restauracji (mają tam pyszne jedzenie), oprawa muzyczna od DJ-a (my wybieramy playlistę), zero dziwnych zabaw i zmuszania gości do tańczenia. Imprezę przewidywaliśmy do późnych godzin wieczornych i tak też chcieliśmy zapowiedzieć gościom. Na drugi dzień mieliśmy zamiar wyruszyć w podróż poślubną.

I wiecie co? Ten kompromis się udał! Dla mnie, choć nie było to wielkie, huczne wesele o jakim marzyłam, ta impreza była idealna. Były tańce, bliskie osoby i przede wszystkim mój ukochany mąż. Jemu także się podobało. Nasi goście wydawali się również zadowoleni. Warto walczyć o kompromisy, prawda? 🙂

Zastanawiasz się, kogo zaprosić na wesele? Podpowiada Izabela Janachowska, redaktor naczelna portalu Wedding Dream:

Dyskusja

Przeczytaj podobne wpisy o tej samej tematyce